Knivskjellodden to marzenie wielu podróżników – mniej oczywisty, mniej spektakularny niż popularny klif z globusem, ale rzeczywiście jeszcze bardziej wysunięty punkt na północ. Jeśli chcesz stanąć na prawdziwym krańcu Europy, bez asfaltu, bez tłumów, za to z plecakiem i niezapomnianymi wrażeniami – to właśnie ten punkt warto dodać do swojej mapy marzeń.
Mglisty poranek na szlaku
3 września 2023, godzina 9:00. Parking ok. 6km pod oficjalnym parkingiem Nordkapp, Knivskjellodden Trail parking (GPC: 4PC5+Q5). Sprowadził nas tutaj początek szlaku. Temperatura ok. 9°C, delikatna mżawka i mgła zwiastują chłodny, ale klimatyczny trekking. To właśnie stąd ruszamy na 9-kilometrowy, pieszy szlak na Knivskjellodden, który prowadzi przez podmokłe tereny, skaliste zbocza i surową północną tundrę. Krok w krok zmierza z nami Skadi, która zaliczać będzie swój kolejny z tych dłuższych spacerów. Zapięta w szelki i długą linkę dzielnie pokonuje pierwsze metry tej wyprawy, idzie po wydeptanym śladzie, tak jakby to ona była naszym przewodnikiem.
Szlak oznaczony jest charakterystyczną czerwoną literą T, malowaną na kamieniach. Symbol nie zawsze jest dobrze widoczny – w szczególności przy gorszej widoczności – więc ślad GPS może się tutaj naprawdę przydać. Początkowo szlak prowadzi na zachód. Przebiega przez dość kamienisty teren i podmokłe torfowiska. Po drodze mija się urocze jeziorka i przelewający się pomiędzy nimi strumień wody. Na tym fragmencie dominują znane wszystkim kopczyki z kamieni, które w zamyśle ułatwiają nawigację. Mimo to, wędrówka zachwyca – już po niespełna godzinie marszu naszym oczom ukazuje się Morze Barentsa i majestatyczny klif Nordkapp równoległy do trasy, którą pokonujemy. Od tego momentu szlak biegnie w kierunku północnym i właśnie tutaj spotkaliśmy pierwszą, liczną grupę reniferów.

Wędrówka w towarzystwie reniferów
Podmokłe ścieżki prowadzą przez niewielkie strumienie. Pogoda nas nie rozpieszcza, a przyroda prezentuje nam tutaj cały wachlarz możliwości - no może bez opadów śniegu. Całości dopełnia chłodny wiatr, który powoduje, że raz się zapinamy po szyję, by po chwili znów się rozpinać i schładzać. Nie da się ukryć - prawdziwa północ. W pewnym momencie ścieżkę przecinają renifery, które spokojnie przechodzą jakby turystów traktowały "jak swego". Przystajemy na chwilę i delektujemy się tym widokiem. To jedne z tych momentów, które zostają w pamięci na długo.

Finał z widokiem na koniec Europy
Ostatni odcinek trasy prowadzi przez pochylone i bardzo śliskie skały – szczególnie niebezpieczne w trakcie deszczu. Idąc z psem warto zadbać także o jego bezpieczeństwo. Teren jest trudny i łatwo o kontuzję. Tutaj warto uważać i skupić się na każdym kroku. Na szczęście pogoda się klaruje i ten odcinek jakoś wyjątkowo przechodzimy w przewadze słońca. Znajduje się tutaj kilka alternatywnych przejść i prowizorycznych kładek wykonanych zapewne przez odwiedzających ale trzeba się liczyć z tym, że fragment buta tudzież noga do kolana może wpaść do błota jak to się i nam przydarzyło.
Po dwóch godzinach marszu docieramy do symbolicznego słupka oznaczającego koniec szlaku. To właśnie to miejsce, które chcieliśmy od dłuższego czasu osiągnąć i przyciągało nas tutaj niczym magnes. Jesteśmy ponad 1.5 km dalej na północ od Globusa. Odkrywamy tu również skrzynkę pełną pamiątek – gadżety, puszka z fasolą, piłka tenisowa, batonik i oczywiście Turboka - "księga gości", do której się wpisujemy i zabezpieczamy skrzynkę przed korozją naszą naklejką ŁPM.

Bardzo cieszy nas ta chwila spędzona w tym miejscu. Przysiadamy więc za skałą nieopodal wieżyczki sygnalizacyjnej i osłaniamy się od wiatru. Wyciągamy prowiant i nasz ulubiony skandynawski energetyk czyli batonik Kvikk lunsj, popijamy gorącą herbatę z termosu. Ależ to wszystko tutaj smakuje!
Przełykając kęsy kanapek i popijając je idealnie zaparzoną w vanie herbatą Earl Grey ze zbalansowaną nutą bergamotki i cytrusów - wpatrujemy się w otchłań Morza Barentsa... Wiemy, że dalej już tylko są niedźwiedzie na wyspie Svalbard.
Myśląc, że już nic więcej nas dzisiaj nie zaskoczy - tuż przed nami z wody wyłoniła się główka foki, która leniwie usiłowała dopłynąć do brzegu, choć nasza obecność w tym miejscu ewidentnie wybiła ją z rytmu. Tej foce nie mogliśmy w żaden sposób pomóc ale także, nie mogliśmy sobie wyobrazić piękniejszego zakończenia tego trekkingu.
Powrót z pogodową ruletką
Po tej bogatej w atrakcje przerwie ruszamy w drogę powrotną – trasa ta sama, ale już z inną pogodą. Ze słońcem chwilowo się żegnamy by ponownie zbratać się z deszczem. Po chwilowej ulewie i silniejszym wietrze, chmury ponownie się rozstępują i suszymy się w słońcu. Co to jest za pogodowa ruletka. Wracamy ze świetnymi humorami i podładowani pozytywną energią. Renifery tym razem już prężą poroże w większej odległości ale i tak ich obecność nadaje tej pieszej wycieczce kolorytu. Zmierzając w stronę parkingu gdzie zostawiliśmy Rena - zmienia się stosunek ilości reniferów na rzecz ludzi, których mijamy już znacznie częściej i stwierdzamy, że poranne wejścia mają jednak w sobie tą delikatną nutkę kameralności, którą bardzo doceniamy.
A kto był absolutnie zachwycony całą wyprawą? Oczywiście Skadi – nasza niezastąpiona towarzyszka wędrówek. Od samego początku promieniała szczęściem, a każda okazja, by zamoczyć łapy w strumyku lub przeskoczyć przez kałużę, była dla niej jak nagroda.
To był jeden z tych szlaków, które oferują wszystko – przestrzeń, wodę, chłód i zapachy, które tylko psie nosy potrafią docenić w pełni. Skadi pokonała całą trasę z gracją i entuzjazmem, co tylko dodało nam energii. Do auta wracamy o 15:40, pełni wrażeń, zmęczeni, ale mega szczęśliwi, że udało się spełnić kolejne marzenie z naszej listy.


Podsumowując
- Trasa: Szlak na Knivskjellodden
- Odległość: 18 km (tam i z powrotem)
- Czas przejścia: 5 h 20 min
- Poziom trudności: umiarkowany do wymagającego
- Uwagi:
- szlak bywa podmokły – wodoodporne buty to podstawa,
- oznaczenia mogą być trudne do zauważenia przy złej pogodzie,
- polecamy mieć ślad GPS lub aplikację z mapą offline,
- brak zasięgu sieci komórkowej,
- ostatni odcinek (1500 m) jest skalisty i śliski,
- warto mieć ze sobą ciepłą herbatę jak i Kvikk lunsj – obowiązkowo.
Szlak na Knivskjellodden to propozycja dla tych, którzy lubią zdobywać miejsca mniej uczęszczane, bardziej autentyczne, a przez to... bardziej ich własne. To była jedna z najpiękniejszych wędrówek naszej podróży po północy. Jeśli tylko będziecie w tej części Norwegii – nie omijajcie tej trasy i podejmijcie wyzwanie.
Ciekawostka
Knivskjellodden - z geograficznego punktu widzenia można przetłumaczyć na nasz ojczysty język jako Przylądek Brzytwy.
Okładnikowate (w j. norweskim Knivskjell) to rodzina morskich małży o charakterystycznym długim i rurkowatym kształcie. Potocznie nazywane są też "brzytwami". Nazwa zatem jest jak najbardziej trafna ze względu na skojarzenie wynikające z podłużnego, geograficznego kształtu tego cypla przypominającego tego małża.



























